Od dwóch dni myślę co i jak to będzie gdy złapie mnie deszcz...
'Nie powinnam o tym myśleć, bo najpewniej przez to spadnie.'
Mam pelerynę, czapkę z daszkiem, folię, którą mogę okryć sakwy: jakoś to będzie, ale jazda w deszczu bez perspektywy powrotu do ciepłego i suchego domu, traci na atrakcyjności...
Jadę przez małe mieścinki, rozglądam się dookoła: rozmyślam o prawdziwym, wiejskim chlebie na zakwasie, jajkach od kur chowanych na podwórku - takich co pazurem wygrzebują robaki z ziemi...
Mleko prosto od krowy - może teraz, kiedy jestem dorosła, odważyła bym się takie wypić? ;)
Morcinek - Stare Budkowice - Dębiniec - Tuły - Lasowice Wielkie - Chudoba - Wędrynia - Łowoszów - Olesno - Świercze - Borki Małe - Borki Wielkie - Kucoby
 |
GS. Stare Budkowice. |
Wstępuję do GS-u - na podłodze stoją plastikowe skrzynie, a w nich wielkie bochny chleba z błyszczącą skórką!!
Szkoda, że jestem sama - z takim ogromnym chlebem uporałabym się w co najmniej kilka dni. Uzupełniam zapas wody, kupuję pomidora, biały ser, trochę orzechów.
Ludzie na rynku patrzą na mnie z zaciekawieniem. Wszyscy się tu znają, to się czuje. Pytam na wszelki wypadek o drogę.
Jadąc mijam domki, domeczki, drewniane płoty, spadziste dachy, cegła, dachówka, podwórka z zadbanymi trawnikami, kwieciste rabatki, skalniaki... '
Wsi spokojna, wsi wesoła!'

A pośród tej sielskości... Pałace!
Osobliwość budowlana w kontekście otoczenia.
Uśmiecham się - może to dobrze, że są takie budowle, dzięki którym twarz się śmieje?
Zsiadam z roweru i robię zdjęcie, mijający mnie ludzie patrzą podejrzliwie ;)
Niebo - trochę zasnute, słońce świeci jak przez mgłę, parno.
 |
Tuły |
Dojeżdżam do wsi Tuły, robię sobie krótką przerwę, siadam na przydrożnym kamieniu, podziwiam popadający w ruinę pałac, robię zdjęcie, korzystając z zasięgu wrzucam na FB: Julia komentuje
'Nie mów że zrobiłaś to zdjęcie później niż w latach 80tych... ;) fajne.'
Patrzę na zegar kościelnej wieży - późno, czas jechać dalej.
Pytam o drogę przejeżdżającego na rowerze staruszka, przez chwilę jedziemy razem - opowiada mi trochę o wsi. Dziwi się mojej wyprawie, ale życzy szerokiej drogi.
Nareszcie jakaś wiejska wieś!
Trochę farmersko, trochę niemiecko...
Ale wciąż po Polsku.
Gęsi, krowy, kury, drewniane stodoły, pola, pachnie siano. Japończycy z Instagramu komentują moje zdjęcia, pytają gdzie można znaleźć taki spokój i dziką przestrzeń - Poland!
Mocniej naciskam na pedały, zrywa się wiatr, a nad lasem za mną zbierają się ciężkie chmury, nie ma żartów, a przemoczonego bagażu mieć bym nie chciała.
 |
Chudoba - prawdziwy! |
'
Jak jechać, żeby nie dojeżdżać do głównej drogi... trzeba kogoś zapytać' - mijam sklep, malowniczy. W środku mydło i powidło a za ladą piękne, płaskie bochenki chleba.
Rozmawiam chwilę ze sprzedawczynią, kroi mi sporą pajdę:
'Na zdrowie dla podróżniczki' kupuję jeszcze bułkę i dorodną pietruszkę - brakuje mi warzyw. Robi się chłodno.
'
Chętnie bym gdzieś odpoczęła i w jakimś miłym miejscu przy drodze zjadła obiad...' myślę.
Teraz to pewne, będzie lało, typowe obrazki: kobiety w pośpiechu ściągają ze sznurków pranie, kury z gdakaniem biegną w stronę kurnika, tumany kurzu wzbijają się od podmuchów wiatru (kolejny raz w duchu dziękuję Natalce za rowerowe okulary!), rozwrzeszczane dzieciaki mijają mnie biegnąc do domu, a na asfalcie widać mokre kropki.
Trochę zaczynam się martwić
'Gdzie się schowam?', wtem, na tej kompletnej wsi, moim oczom ukazuje się szkolnych rozmiarów boisko do piłki nożnej, a obok niego piękna, drewniana zadaszona altana!!! Jest miejsce na rower...
A do tego piękny stół i ławy - akurat, żeby usiąść i wygodnie zjeść. Zakładam ciepłą bluzę rozkładam prowiant. Wyjmuję notes. Słucham bębniących o dach ciężkich kropli. Gdzieś blisko huknął piorun... a ja sobie kolejny raz myślę, że świat to cudna sprawa.
Świeżutka bułka z serem i pomidorem - wyśmienite! Na deser kawałek belgijskiej czekolady z pieprzem i kardamonem.
 |
Wędrynia |
Po 40 minutach po burzy zostaje wspomnienie i parę płytkich kałuży - powierzchnia drogi szybko staje się sucha.
'Mam za sobą burzę, już wiem jak to jest, mogę być spokojna.' odjeżdżam w kierunku Olesna, wychodzi słońce. Obiecuję sobie herbatę z cytryną. Trzeba też wymyślić jakiś nocleg, a przy okazji zupełnie nie orientuję się ile już dzisiaj przejechałam, nie mam licznika, muszę spokojnie usiąść nad mapą, podładować telefon.

W Oleśnie trafiam do drewnianej Karczmy Rancho - jest herbata, jest wi-fi, znajduję na mapie miejscowość Kucoby - jakieś jezioro, pole namiotowe, po drodze dwie stadniny koni
'Jak nie uda się za grosze na polu namiotowym, to zapytam czy mogę rozbić namiot przy koniach, tam zawsze jest miejsce i dobrzy ludzie'. Właściciel knajpy zainteresowany moimi mapami i obładowanym rowerem opowiada o swoich wypadach na kajaki, widzę w jego oczach zazdrość, że mi się chciało, że się na taką przygodę odważyłam.
W Kucobach dawno nie był, a pole namiotowe ożywa tylko latem, kiedy gości obozy harcerskie - cóż spróbuję - Marek z niedowierzaniem kręci głową:
'Napisz, jak dojedziesz na tą swoją działkę.' Biorę od niego adres - napiszę - kartkę!
Gorąco! Cała się lepię, marzę o tym, żeby zanurzyć się znowu w wodzie - jak w Bystrzycy!
Zachód słońca, spokojna tafla wody... Przypominają mi się wakacje na Mazurach. '
Co mi do głowy przyszło, żeby się tak mordować w samotności?' uśmiecham się do swojej chorej głowy: jest niesamowicie, wolność, powietrze, przygoda! Dzwonię do Emilii (dobrą energią trzeba się dzielić), która właśnie skończyła pracę, nie wierzy, że jednak wyjechałam. '
A wiesz, tyle mówiłaś o tym, że pojedziesz, że nawet mi się śniło, że jadę na rowerze przez Polskę - to było niesamowite uczucie, jeżeli tak teraz masz, to strasznie ci zazdroszczę!'
Tak właśnie mam.
W lesie na rozstaju dróg stoi kapliczka. Nie chodzę do kościoła, ale wierzę w Moc, do której często się odwołuję, Jej cząstkę nosi w sobie każdy z nas.
[Ba, całą tą wyprawę oparłam na zaufaniu w tą Siłę, którą w sobie mam i która napędza wszystko w około - że wszystko będzie dobrze i już.]
Wzruszam się: ludzie tworzą coś takiego, dbają, palą znicze, dekorują kwiatami... czuję, że to przypomnienie, dla takich wędrowców jak ja - Coś nad nami czuwa, i że świadomość Tego trzeba w sobie pielęgnować.
Ruszam dalej, droga błotnista, rozmyta, mija mnie kobieta, też na rowerze. Jadę w dobrym kierunku!
Woda - widzę jej błyszczącą od słońca powierzchnię pomiędzy drzewami!
Mijam otwarty szlaban, zarośnięty krzakami basen z łuszczącą się z farby trampoliną - przebrzmiała świetność, opuszczone, niszczejące domki letniskowe, sanitariaty...
Z pola namiotowego faktycznie nic nie zostało, dowiaduję się od przechodzącej obok kobiety, ale staw jest - kąpać niestety nie można, bo łowią w nim ryby...
Wita mnie taki widok!!!
'Jak ryby pływają, to i ja mogę.'
Przebieram się w strój i cicho wchodzę do wody, uff. Zakładam suche ubranie. Szukam miejsca, żeby rozbić namiot.
'Biorą?' kilku wędkarzy z niewyobrażalną masą bagażu, wędek, przynęt i leżaków zatrzymuje mnie na drodze. '
Ja turystycznie, z Wrocławia.' odpowiadam.
'O, kolega też' śmiejemy się, kilka zdań - mamy wspólnych znajomych.
Wędkarze są z Lublińca, szukają miejsca na... namiot!
'Rozbijam się z wami!'
Chwilę gadamy - mam szacun. Głównie za kąpiel w stawie rybnym ;) ale za kilometry też.
Pan Zygmunt częstuje kulkami z leszcza w zalewie octowej, domowa robota jego żony, reszta chłopaków piwem i papierosami.
Niesamowicie miło się gawędzi!
Zapada noc. Milion gwiazd i komarów...
Nie mam siły. Idę spać, wędkarze - łowić.